Mercado we Wrzeszczu. Sączymy winko i skubiemy tapasy.

Dieta dietą, ale jeśli ktoś kocha jedzenie tak jak my, nie jest w stanie całkowicie zrezygnować z dogadzania sobie. Wszystko ładnie, pięknie- ja wiem, że sałata z pestkami i granatem może smakować obłędnie, ale spójrzmy prawdzie w oczy: niektórych smaków nie da się zastąpić. Zresztą, moim zdaniem, to nie o to chodzi, żeby wyrzekać się czegoś, co darzy się głębokim uczuciem. Chodzi o to, żeby zachować umiar i zdrowy rozsądek. Bo wszystko jest dla ludzi...


Do Mercado we Wrzeszczu robiliśmy podejście kilka razy, indywidualnie i wspólnie. Pierwszy raz odwiedził to miejsce Łukasz, spragniony kulinarnego dopieszczenia, gdy w domu panował klimat pod tytułem "zrób sobie coś na szybko, tylko pozmywaj potem, bo nie mam czasu sprzątać". No więc, sprytnie, postanowił uniknąć zmywania i tak pojawiło się w naszym życiu Mercado, nie mylić z Mercato (inne fundusze, inna liczba sztućców przy nakryciu). 

Knajpka mieści się w centrum Wrzeszcza, na parterze jednego z eleganckich apartamentowców. Wystrój jest sympatyczny, nienachalny i nieodwracający uwagi od najważniejszego, czyli od jedzenia. Duża ilość drewna w ciepłych, jasnych odcieniach i możliwość podglądania części pracy kucharza sprawiają, że można przyjemnie zrelaksować się tam wpatrując się bezmyślnie w przestrzeń lub, jak kto woli, w ogromną, świńską nogę usytuowaną na barze, pogryzając przekąski. Te dostaniecie tu w większości za kilka- kilkanaście złotych, dania główne zaczynają się od 27zł, a w ofercie znajdziecie też makarony, sałatki, lemoniady i wina.

Dawno temu Łukasz zjadł w Mercado schabowego z czarnego prosiaka. Nie ma zdjęć, bo było to jeszcze zanim nastała era "co ty robisz, nie jedz, czekaj, przecież muszę zrobić zdjęcie". Podobno był pyszny. Tak pyszny, że jeszcze parę tygodni później, gdy wybieraliśmy się w to samo miejsce, przypomniał mi o tym i zasugerował, że jeśli będzie dostępny, powinnam go koniecznie zamówić.

Muszę tu nadmienić, że jestem ogromną, absolutną fanką miejsc, które pozwalają mi na dobranie możliwie dużej ilości małych elementów. Zdecydowanie wolę lokale, gdzie mogę zamówić 3, 4, 5 i więcej drobnych przekąsek i zastawiając nimi cały stół, siedzieć, rozmawiać, popijać winko i podskubywać różne rzeczy. Taki posiłek daje mi dużo więcej radości niż zjedzony w miejscu, gdzie jestem skazana na wybranie jednego talerza z daniem głównym, bo przekąski są nieliczne, niepodzielne lub po prostu mało atrakcyjne. Wiadomo więc, że tapas bar, który przy okazji nie odstrasza cenami na pierwszy rzut oka, prędzej czy później doczeka się wizyty.

Schabowego z czarnej świnki nie spróbowałam, więc się nie wypowiem (choć może Łukasz zrobi to później- zrobimy wówczas edycję), ALE niedługo potem, wybraliśmy się tam na krem z pora i to był strzał w dziesiątkę. Zupa była pyszna! Idealnie doprawiona, konkretna, aromatyczna. Por sam w sobie jest dość intensywny w smaku, więc, teoretycznie, zrobienie z niego wyrazistej zupy nie powinno nastręczać trudności. Ja jednak w dalszym ciągu jestem pełna podziwu dla tego co zjedliśmy, bo było po prostu super! Niestety, nie zobaczycie jak wygląda, bo era bloga nastała nieco później (choć ta zupa ma w tym powstaniu swój udział). Zjedliśmy też wtedy tatara wołowego, który był również bardzo przyzwoity- choć mówię to ja, a ja tatara jadam od mniej więcej pół roku bo wcześniej trochę się bałam. Ten mi smakował. Nie wiem na ile może to być dla kogoś wyznacznikiem...

Najbardziej szczegółowo chciałam Wam jednak opowiedzieć o naszej ostatniej wizycie.
Ponieważ ostatnio staramy się jeść bardzo zdrowo i racjonalnie (stąd też mała ilość wpisów- nadal uważam, że w koktajlu z jarmużem albo pomidorkach z kiełkami nie ma nic specjalnie fascynującego), na wychodzone obiady/kolacje decydujemy się dużo rzadziej. Biorąc pod uwagę, że miejsca, co do których mamy jakieś wątpliwości, staramy się odwiedzić więcej niż raz, zanim je obsmarujemy, starając się tym samym uniknąć efektu pojedynczej wpadki, nie ma niestety szału jeśli chodzi o nasze tempo odkrywania nowości. Do Mercado jednak w końcu trafiliśmy i postanowiliśmy trochę poszaleć.

Nie było niestety śledzia, którego, jeśli tylko jest w menu, zamawiamy ZAWSZE w ramach przystawki, między innymi ze względu na fakt, że jest bezpieczny i niewymagający. No bo spójrzmy prawdzie w oczy- śledzia, jeśli tylko jest świeży i w miarę doprawiony (niekoniecznie w wyszukany sposób), naprawdę ciężko popsuć, może więc być idealnym wyznacznikiem poziomu restauracji. Tym razem jednak nie było nam dane go spróbować.

Zdecydowanie bardziej zmartwił nas brak kanapki Rouben. Wiemy, że Mercado zaopatrywało się swego czasu w pastrami w tym samym miejscu co my, ponieważ taką informację podał polski producent pastrami. Wiemy więc dokładnie ile takie pastrami kosztuje, choć zgaduję, że przy większym zamówieniu, restauracja może pewnie dostać je nieco taniej niż my, jako odbiorca indywidualny. Smutno nam się natomiast zrobiło w związku z faktem, że kanapka zniknęła z karty, bo ostatecznie, nie mieliśmy szansy jej spróbować. Szczerze mówiąc, nie wpadliśmy na miejscu na pomysł, żeby dopytać kucharza, kelnerka natomiast tłumaczyła enigmatycznie, że pastrami było sprowadzane z za granicy i wychodziło za drogo. Ja wiem, że Kraków daleko, ale żeby tak od razu za granicą...? No nic, dowiemy się to się podzielimy. Wydaje mi się, że koszt kanapki mógł troszkę przerosnąć gości. Niestety, ciężko jest komuś, kto nie zgłębił wcześniej tematu, wytłumaczyć, czemu zwykła kanapka z wędliną ma kosztować tyle kasy, a z drugiej strony, 2-3 plastry pastrami wyglądają w takim Roubenie po prostu smutno i żałośnie i zwyczajnie nie da się zrobić Roubena oszczędnie i ekonomicznie. Wierzę więc, że mogło im się to najzwyczajniej w świecie nie opłacać, choć przy następnej okazji nie omieszkam dopytać bardziej wnikliwie :)

A teraz do rzeczy, czyli do tego, co ostatecznie zjedliśmy.

Zaczęliśmy od kremu z pieczonych buraków. Okazało się, że pani, która nas obsługiwała, była w pracy pierwszy dzień, nie chcieliśmy zatem dodatkowo jej torturować i ograniczyliśmy się do kwestii kluczowych. Nie katowaliśmy jej więc pytaniami dotyczącymi koloru i składu zupy, choć jak na krem z pieczonych buraków, wydała nam się mało wyrazista. Obstawiliśmy dodatek jabłek albo gotowane buraki, na co wskazywał również czerwonawy "kompotowy" kolor zupy, zamiast intensywnie bordowo-fioletowego. Kiedy robię krem z pieczonych buraków w domu (a robię i pewnie podzielę się wkrótce przepisem) to jego kolor przypomina barszcz wigilijny albo czerwone wino. Ten bardziej przypominał kolorem lekko zabielony barszcz ukraiński i w smaku również był wyraźnie łagodniejszy, nawet przed wymieszaniem ze śmietaną, której kleks zdobił dodatkowo środek talerza. Może spodziewaliśmy się nieco konkretniejszego, bardziej zdecydowanego smaku, ale nie można powiedzieć, żeby zupa była zła.

Następnie przyszedł czas na przekąski.

Zamówione grzaneczki (9zł) okazały się grillowaną bagietką z sosem pesto, pastą warzywną z chorizo i parmezanem. Jedyne, do czego można by się tu na upartego przyczepić, to fakt, że delikatnie grillowane pieczywo z solidną porcją mokrych dodatków, dość szybko zaczęło tracić chrupkość i pod koniec jedzenia przypominało już miejscami paćkę. Nie było to jednak uciążliwe do tego stopnia, żeby odebrać radość z jedzenia. Na skutek pomyłki, najpierw dostaliśmy wersję z warzywami i te możecie zobaczyć na zdjęciu, ale wizualnie nie różniły się jakoś znacząco- w obu przypadkach bagietka przykryta była czerwoną, pomidorową pastą z dodatkami. 

Foto: Mocni w Gębie

Na stole pojawiły się także inne, jeszcze smaczniejsze rzeczy. Dostaliśmy na przykład fantastyczną, obłędnie delikatną wątróbkę z cebulką, jabłkami i balsamicznym sosem, podaną z placuszkami ziemniaczanymi (9zł). Była przepyszna. Delikatne, karmelizowane jabłka, ze sporą ilością czerwonej cebuli i sosu świetnie komponowały się z placuszkami, choć jak dla mnie, tych placuszków mogłoby zabraknąć na rzecz większej ilości wątróbki. Dla mnie przekąska nr 1. Pycha!

Foto: Mocni w Gębie

Dodatkowo  zamówiliśmy "deskę mieszaną" (30zł) czyli mieszankę szynki serrano, hiszpańskich wędlin i serów. Mam tu pewne drobne zastrzeżenia, bo choć ilość składników na desce była całkiem satysfakcjonująca, używanie tutaj liczby mnogiej, "serów" i "wędlin" uznałam za pewne nadużycie. Poza szynką Serrano, znaleźliśmy na desce dokładnie jednej rodzaj wędliny i jeden rodzaj sera. I ja wiem, że gramatura pewnie się zgadzała, bo deska nie wyglądała na "oszukaną", ale jednak pewien niesmak na skutek tych "wędlin" i "serów" u mnie pozostał. Do deski podano 4 kromki świeżej, domowej bagietki, której bez skrępowania użyłam do wydłubania resztek sosu i cebulki z półmiska z wątróbką. Tyle wygrać :) Deskę polecam do podskubywania przy winku, ale nie należy się w tym przypadku nastawiać na sugerowaną w nazwie różnorodność produktów. 

Foto: Mocni w Gębie
Bardzo udaną przekąską okazały się też krokiety z kurczakiem i szynką Serrano, podawane z sosem ruji (12zł). Te  trzy niepozorne kuleczki okazały się umiejętnie ukrywać swój potencjał. Takie niby nieszkodliwe... A jednak. Znacie to uczucie, kiedy patrzycie na mieszane łyżką masło orzechowe? Jest takie płynne, gładkie i kremowe... A potem bierzecie tę łyżkę do ust i okazuje się, że zakleiło Was jak krówka mordoklejka, bo w jakiś magiczny sposób, to masło wchłonęło dokładnie całą wilgoć w Waszych ustach i stało się zwartą, ciężką masą. Te krokiety mają taką samą moc. Na pierwszy rzut oka wyglądają, jak krokiety ziemniaczane, mają jednak w sobie coś, co powoduje, że po ugryzieniu zaklejają i zapychają nas kompletnie. Nie przeszkadza to jednak w stwierdzeniu, że są przepyszne, aromatyczne i ciekawe w smaku. Po prostu trzeba być przygotowanym i nie zabierać się do nich, nie uzbroiwszy się uprzednio w coś do picia. Nie jestem też przekonana, czy pomimo ich niewielkich rozmiarów, byłabym w stanie zjeść całą porcję sama a potem przejść do innych przekąsek i dania głównego. Zjedzenie ich na spółkę z kimś wydaje mi się idealnym rozwiązaniem, jeśli zamierzamy kontynuować kulinarne podboje.

Foto: Mocni w Gębie
Po przekąskach przyszedł czas na danie główne. I tu jestem trochę rozdarta. No bo tak: zamówiliśmy "polędwiczki wieprzowe przekładane szynką Serrano i szałwią, podane na risotto z prawdziwkami i kremowym sosem" (39zł). Było to całkiem smaczne i gdyby ktoś mi to podał w innych okolicznościach, byłabym prawdopodobnie bardzo zadowolona. ALE, 39zł wydało mi się jednak ceną dość wygórowaną zarówno pod kątem ilości jak i jakość serwowanego dania. Wielkość porcji mięsa nie powalała, a, umówmy się, nie była to polędwica wołowa, tylko polędwiczki wieprzowe, których cena jednak nie rzuca na kolana. Ilość grzybów odnaleziona przez nas w daniu także nie do końca odzwierciedlała potrzebę wycenienia go na blisko czterdzieści zlotych. Choć doszukaliśmy się sporej ilości szałwii, nie dało się nie zauważyć, że ryż użyty do przygotowania dania, niewiele miał wspólnego z risotto. Nie czepiam się zwykle nomenklatury i zazwyczaj nie przeszkadza mi, czy coś faktycznie jest risottem czy nie, ale jeśli za niewielką ilość ryżu z sosem mam zapłacić cenę restauracyjną, to byłoby mi jednak bardzo miło, gdyby risotto było risottem- kremowym i gęstym, a nie kruchym i sypkim, jak ryż basmati podawany w indyjskiej restauracji. Mam tu więc pewne wątpliwości- jeśli miałabym ocenić danie jako ryż z sosem, było ok, ale jeśli chodzi o adekwatność dania do ceny (czyli ilość i jakość a cena) to jednak wypadło dość słabo.

Foto: Mocni w Gębie
Za całość zapłaciliśmy 160zł łącznie z dwoma kieliszkami wina i dzbankiem lemoniady. Jak na przyjemnie zastawiony stół w restauracji, gdzie 2 osoby najadły się ponadprzeciętnie, wydaje mi się to kwotą do przyjęcia, jednak życzyłabym sobie, aby danie główne trzymało równie satysfakcjonujący poziom co przystawki. Trochę ratuje ich wspomniany na początku czarny prosiak i obłędny krem z pora, ale jednak... pewien niedosyt pozostał. Mam nadzieję, że wypadek z risottem jest pojedynczą kwestią i w innych przypadkach dają radę równie dobrze jak przy przekąskach- na pewno jeszcze się tam wybierzemy, żeby to sprawdzić.

Podsumowując. Polecam, jeśli chodzi o posiadówkę i ploteczki w parę osób- można wtedy zamówić sobie cały przegląd przekąsek, wino albo dzbanek lemoniady i stosunkowo niewielkim, jak na restaurację, kosztem siedzieć przy suto zastawionym stole i podskubywać tapasy. Nie do końca jednak, przynajmniej na ten moment, wybrałabym się tutaj na pełnowymiarowy obiad. W jakiejś części broni ich jednak fakt, że są tapas barem- dania obiadowe czy lunchowe stanowią dla nich bardziej dodatek, niż główną oś działalności. Są miejsca, które świetnie dają sobie radę w obu tych kategoriach, ale przecież nie każdy może być idealny. Może tylko te "wędliny" i "sery" nas odrobinę zirytowały, ale generalnie, dałabym im szansę.

EDIT:
Niestety, dotarły do nas w międzyczasie informacje o bardzo nieeleganckim podejściu Mercado do Gości, takim jak odwoływanie rezerwacji już po przybyciu grupy na miejsce, podawaniu zimnych potraw czy wypraszanie Gości przed zakończeniem posiłku w związku z planowaną imprezą pracowniczą. Nie mieliśmy okazji przekonać się osobiście, czy była to jednorazowa sytuacja, czy ogólnie jakość obsługi w Mercado tak drastycznie się pogorszyła, ale warto mieć świadomość faktu, że taki zdarzenie miało miejsce. 

Adres: Gdańsk Wrzeszcz
            ul. Partyzantów 8
            więcej informacji o lokalu








Brak komentarzy :

Prześlij komentarz