Nie znam się, to się wypowiem... Sopocka afera z piersią w tle

Od paru dni wszystkie bardziej i mniej kolorowe gazety i portale, ku uciesze wszystkich trolli, pieniaczy i hejterów, krzyczą głośno o historii małej dziewczynki, która za sprawą całego zamieszania do końca życia zostanie prawdopodobnie "tą, która wyrosła w cieniu afery piersiowo-restauracyjnej". Pominę już milczeniem fakt, że chyba rzeczywiście nikt się specjalnie nie przejął w tym wszystkim samym dzieckiem, które, jak wynika z najnowszych informacji, z głodu nie umarło i jakiejś szczególnej traumy też nie przeżyło (choć tego jeszcze nie wiemy, zaczekajmy na opinię biegłego psychologa- żarcik taki). Szkoda malucha. Za 18 lat zobaczymy jej zdjęcie w jednym z kolorowych czasopism z podpisem "Marcysia*, 15l, jako dziecko została nakarmiona na krześle w pobliżu toalety". Tak, robię sobie żarty, bo w gruncie rzeczy mnie to zajście trochę bawi.


W obliczu tak wielu problemów natury gospodarczej, politycznej, ekonomicznej itp. najważniejszym tematem tygodnia jest historia o tym, że kelner poprosił kobietę, aby nakarmiła dziecko piersią w miejscu mniej widocznym. Wszyscy komentujący, jak jeden mąż, wiedzą najlepiej, kto w trakcie tej rozmowy był grzeczny a kto nie, czy rzeczywiście bohaterka zdarzenia zdążyła odpiąć dwa czy trzy guziki bluzki i czy karmiła dziecko w sposób "ostentacyjny" czy też nie. Restauracja najwyraźniej zrobiła też tego dnia obrót życia, bo obiad jadło tam pół Trójmiasta i to właśnie stąd wszyscy wiedzą na 100% czy rzeczywiście kelner został o interwencje poproszony przez kogoś z gości czy była to jego własna inicjatywa. Brawo my. Gdybyśmy byli tak uważnymi obserwatorami w życiu codziennym, ilość wypadków drogowych spadłaby o 90%. 

Nie mam nic przeciwko przychodzeniu do restauracji z dziećmi i nie przeszkadza mi karmienie piersią w miejscach publicznych ALE... Mam wrażenie, że trochę zapominamy o tym, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność kogoś innego. Nie widzę nic złego w dzieciach w restauracji ALE przeszkadza mi, jeśli zachowują się głośno a rodzice nie potrafią nad nimi zapanować. Nie mam nic do karmienia piersią na widoku ALE rozumiem, że czasami widok nabrzmiałych piersi z wielkimi, podrażnionymi karmieniem sutkami, może nie być dla kogoś szczytem marzeń w trakcie spożywania kolacji. A zdarzają się sytuacje (choć nie nagminnie), gdzie, ogólnie rzecz ujmując, uczestnicy tego aktu bardziej doceniają jego naturalne piękno niż publiczność. I czy to jest taki potworny problem, żeby w ramach wzajemnego poszanowania swoich potrzeb i odczuć załatwić taką sprawę w atmosferze porozumienia i ewentualnie jakiejś konstruktywnej dyskusji, a nie sensacyjnego procesu sądowego? Znalazło się już oczywiście Stowarzyszenie i Pan Mecenas, którzy korzystając z atmosfery skandalu, mają teraz swoje 5 minut w kolorowej prasie i wszystkich ważnych opiniotwórczych serwisach. Może, przy odrobinie szczęścia, zobaczymy wkrótce któregoś z bohaterów Afery Restauracyjnej w kolejnym sezonie popularnego programu, gdzie celebryci w parach z profesjonalistami opanowują trudną sztukę tańca towarzyskiego. 

Śmieję się z tego wszystkiego trochę, bo naprawdę mam wrażenie, że to taka burza w szklance wody i przy okazji dochodzę do wniosku, że trochę nam się wszystkim jednak w głowach poprzewracało. Bo jak mi się nie podoba w restauracji albo w jakimkolwiek innym miejscu, będącym własnością osoby prywatnej, to albo uciekam się do konstruktywnej dyskusji, a jeśli to nie pomaga, jak każda kobieta, strzelam spektakularnego focha. Oznacza to tyle, że więcej do niego nie przyjdę, ponieważ nie odpowiadają mi panujące w tym miejscu zasady, nie zamierzam więc przebywać tam, gdzie mnie nie chcą i nie chcę wspierać rozwoju takiego miejsca przy pomocy swoich finansów. Rozumiem jednak, że jest to miejsce, które ktoś stworzył według własnego pomysłu i jestem w stanie uszanować to, że na przykład, postanowił wpuszczać do swojej knajpy tylko ludzi, którzy mieszczą się w rozmiar 36 i w związku z tym, nie życzy sobie mojej obecności. Moim zdaniem, ma do tego prawo bo to jest jego lokal. Tak samo jak ktoś z gości może nie życzyć sobie być świadkiem pewnych zachowań i od tego jest tam obsługa, żeby w takiej wymianie komunikatów między "urażonym" a "urażającym" pośredniczyć. Jakoś tak mam wrażenie, że trochę przesadzamy z tym podejściem, że nam się wszystko należy jak psu buda i że wszystko nam wolno. 

źródło: Matka po godzinach (www.matkapogodzinach.blox.pl)

Nadmienię jeszcze tylko, że drażni mnie strasznie obraz tej sytuacji, który wyłania się z wielu artykułów. Czytam to i moim oczom ukazuje się sytuacja, kiedy facet podchodzi do kobiety karmiącej/przystępującej do karmienia/rozpinającej bluzkę i nakazuje jej nakarmienie kwilącego z głodu maleństwa w jakimś obszczanym, zatęchłym przedsionku latryny. Może to tylko moje odczucie, ale tak to miejscami wygląda. Znając tę restaurację mogę zapewnić, że miejsce, do którego podobno skierowano powódkę jest, owszem, dyskretnym, załomkiem sali wyposażonym w lustro i krzesełko, na końcu którego znajdują się drzwi do toalety. Ja o skierowanie w to miejsce bym się nie obraziła. Szczególnie, że wiele matek karmiących zwraca również uwagę na fakt, że karmienie piersią w miejscach publicznych bywa niekomfortowe również dla nich. Pomimo wszystko, piersi to dość intymna część ciała i ich obnażanie, nawet w sytuacji karmienia, nie dla każdej kobiety jest przyjemne i naturalne.

Plusem Afery Restauracyjnej jest na pewno poruszenie tematu aktualnego i dość istotnego, szkoda tylko, że atmosfera, w której się go porusza jest niezdrowa i niesympatyczna. Zamiast oswajać sceptyków czy przeciwników publicznego karmienia piersią z tematem, zaognia się tylko sytuację pomiędzy nimi a entuzjastami swobodniejszego podejścia do tematu. A wystarczyłoby chyba trochę więcej ludzkiego podejścia, wyrozumiałości i kultury ze wszystkich stron i całego tego przedstawienia można pewnie było uniknąć.

*Imię dziecka zostało wybrane losowo

źródło: KURA (www.kura-kura.pl)


Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza