PG4 Mamy w Gdańsku nowy browar

PG4 czyli Browar na Podwalu Grodzkim 4 otworzył się w piątek, 26 Maja. Nie pchaliśmy się na otwarcie, nie chcąc ugrzęznąć wśród dzikich tłumów, ale wybraliśmy się tam w niedzielę, gdy kurz po hucznym piątku zdążył już opaść. Byliśmy strasznie ciekawi piwa i kuchni, ale też efektów ciągnącego się w nieskończoność remontu starego, przydworcowego budynku. To zawsze wielka frajda znaleźć się w takim porządnie odrestaurowanym miejscu, które wcześniej przez długi czas wołało o pomstę do nieba.


foto: Mocni w Gębie


Wnętrze PG4 na pewno robi wrażenie. Duża przestrzeń, miedziane i stalowe elementy instalacji do produkcji piwa. Trochę szkoda tylko, że poza cegłą, udało się zachować bardzo niewiele z oryginalnego charakteru starego, kolejowego budynku. Wielkie przeszklone wejście, modne i nowoczesne dodatki na pewno wpisują się doskonale w obecną tendencję do "unowocześniania" takich obiektów, ale trochę brakuje nam tam ducha. Jest ładnie, przyjemnie i sympatycznie, choć nie da się nie zauważyć, że także bardzo zachowawczo. Ta zachowawczość przebija się też w muzyce, którą usłyszymy na sali (przyjemna ale typowo radiowa playlista) oraz w potrawach, o czym za moment. Spory plus za otwartą kuchnię, którą można podglądać zajmując odpowiednie miejsce na sali. 


foto: Mocni w Gębie

Łatwo zauważyć że obsługa dopiero zaczyna wspólną przygodę z gastronomią, choć trzeciego dnia można jeszcze przymknąć na to oko. Wszyscy są mili, sympatyczni, zażartują, uśmiechną się i jeśli tylko wypracują sobie nawyk częstszego obrzucania wzrokiem sali, aby łatwiej było skontaktować się z nimi bez wykonywania któregoś z całej gamy znienawidzonych przeze mnie gestów, jak pstrykanie, machanie lub wstawanie, może być na prawdę dobrze. Gdybym miała wybierać, wolę też kiedy od początku do końca mam do czynienia z jedną, dedykowaną mojemu stolikowi osobą- rotacja przy obsłudze tego samego zamówienia prędzej czy później powoduje zbędne komplikacje i jakoś tak w ogóle jest wtedy mniej przyjemnie. Nie czepiam się jednak, bo dotarcie się ekipy i wypracowanie sobie pewnych wzorców zdecydowanie ma prawo potrwać dłużej niż 3 dni. 

Do browaru wybraliśmy się ze znajomymi, dzięki czemu mieliśmy okazję spróbować dużej część dań zawartych w menu no i oczywiście złotego trunku. Obecnie restauracja oferuje 4 gatunki piwa warzonego na miejscu, wypijemy więc klasycznego Pilsa, Witbiera, Dry Stouta i jeden rodzaj piwa sezonowego (w tej chwili dostępne jest wędzone). Mam wielką nadzieję, że jeszcze zaszaleją z tymi stylami piwnymi, bo dziś, kiedy co rusz browary rzemieślnicze wypuszczają "wędzone summer ale z dodatkiem śledzia" albo inne "bekonowe radlery", nie jest łatwo o piwne zaskoczenie. Odświeżające i intrygujące są za to propozycje koktajli na bazie piwa. Tym razem nie daliśmy już rady, ale obiecaliśmy sobie, że będzie to przedmiot naszych wnikliwych badań przy kolejnej wizycie.

Za dowolny z czterech domowych trunków 0,3l trzeba zapłacić 9zł, a za 0,5l -12zł. Dostępne mają też być deski degustacyjne, zawierające wszystkie 4 rodzaje piwa w niewielkich ilościach i dedykowaną do każdego z nich przekąskę. Niestety, deski pojawić się mają od wtorku, nie mieliśmy więc okazji skorzystać z tej możliwości. Tak w ogóle, foodpairing to jedna z ciekawostek, z którymi spotkamy się na Podwalu. Do każdego z dań zawartych w karcie, znajdziemy sugestię piwa, które zdaniem szefa kuchni najlepiej będzie do niego pasowało. 
Menu jest jednak skomponowane w taki sposób, że nawet jeśli postanowimy zabawić się w renegatów i zignorować podpowiedzi gospodarzy, raczej nie stanie nam się krzywda i golonka czy sznycel, niezależnie od tego, czy popijemy je pilsem czy stoutem, powinny nam smakować. Warto też wspomnieć, że PG4 przygotowuje własne napoje gazowane- przetestowałam wersję citron i bardzo przypadła mi do gustu. Delikatne bąbelki, nie za słodko, w sam raz.


foto: Mocni w Gębie

Ceny kształtują się na poziomie restauracyjnym: przekąski 15-42zł, zupy 18-20zł, sałaty 18-20zł, dania główne 25-49zł, ryby i owoce morza 35-38zł, desery 12-18zł. Dostępne są też steki i dania spoza karty, których ceny znajdziemy na tabliczkach rozmieszczonych na terenie lokalu lub u obsługi.

Naszą biesiadę zaczęliśmy oczywiście od piwa, do którego zamówiliśmy miskę domowych chipsów (15zł). Rzeczywiście dotarły na nasz stolik jeszcze ciepłe, tak jak obiecano w menu i choć muszę przyznać, porcja wydala mi się raczej niewielka jak na swoją cenę, z przyjemnością chrupaliśmy je, zastanawiając się, co zamówić dalej. Gdybym miała być drobiazgowa, powiedziałabym, że można je było odsączyć trochę lepiej i smażyć w wyższej temperaturze, żeby wchłonęły nieco mniej tłuszczu, ale przecież drobiazgowa nie jestem ;) Myślę, że następnym razem zdecyduję się na deskę regionalnych przysmaków z gorącymi preclami, którą można zamówić dla dowolnej ilości osób (dla 2 osób- 49zł), a która mocno mnie zaintrygowała gdy pojawiła się na stoliku obok. No cóż, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.



foto: Mocni w Gębie

Postanowiliśmy ominąć sałaty i zupy i przejść od razu do konkretów, czyli do dań głównych. Tu niestety spotkało nas niewielkie rozczarowanie, gdy okazało się, że wyczerpały się zapasy sznycli. Mamy nauczkę na przyszłość, żeby zamiast gapić się w talerze ludzi wokół, co też takiego dobrego zamówili, zająć się własnym obiadem i zamówić, zanim zrobi to ktoś inny :) Zdecydowaliśmy się więc na burgera wołowego (25zł), kaczkę pieczoną po staropolsku (49zł), żeberka bbq w ciemnym piwie (29zł) i kurczaka a'la strogonow (28zł). Najpierw wszyscy dostali po łapach bo przecież trzeba w pierwszej kolejności zrobić zdjęcia, a następnie przystąpiliśmy do konsumpcji.
Najsłabszym ogniwem okazał się chyba burger, który był w porządku, ale biorąc pod uwagę standardy, wyznaczone przez niektóre trójmiejskie burgerownie (pozdrawiam Surfburgera), nie urzekał niczym szczególnym, poza wyjątkowo dobrym boczkiem. Sympatyczna była za to możliwość wyboru stopnia wysmażenia mięsa. Kanapkę podano z sosem serwowanym oddzielnie i z frytkami belgijskimi, które podobnie jak chipsy, mogły na dzień dobry wylądować w tłuszczu o nieco wyższej temperaturze i stać się dzięki temu lżejsze i mniej nasiąknięte tłuszczem.  


foto: Mocni w Gębie

Na drugi ogień poszły żeberka, które były bardzo w moim stylu, czyli pokryte aromatycznym sosem, mięciutkie i nie zbyt tłuste. Choć sama porcja mięsa nie należała do największych, jakie przyszło nam widzieć, w zestawie z fasolką w sosie pomidorowym i sałatką colesław, okazała się być w sam raz. 


foto: Mocni w Gębie

Dobrym wyborem okazał się też kurczak, zanurzony w potrawce a'la strogonow. Mięso było niesamowicie delikatne i rozpływało się w ustach. Sama potrawka mogła by być nieco bardziej wyrazista, ale nie można też powiedzieć, żeby była mdła. Bardziej zabrakło jej jakiegoś takiego pazura, którego zawsze szukam w potrawach. Do kurczaka podano pyszne, słone (a ja przecież tak kocham sól) podpłomyki i kwaśną śmietanę. 


foto: Mocni w Gębie

Ja zamówiłam pół pieczonej kaczki z borówkami, jabłkiem, chrzanem i opiekanymi ziemniakami. Mięso znowu okazało się świetnie przyrządzone- miękkie, delikatne i soczyste. Nie jem skóry, więc ciężko mi się wypowiadać, czy była dostatecznie chrupiąca, wiem natomiast, że chrzan z borówkami był prawdziwym, porządnym chrzanem, po spróbowaniu którego momentalnie odetkało mi zatoki. Co do ziemniaków, zgodnie stwierdziliśmy, że trafiły na nieco zbyt niską temperaturę i zdążyły trochę za bardzo opić się tłuszczu. Jakoś tego dnia ewidentnie nie mieli szczęścia do smażonych/pieczonych ziemniaków, a może po prostu to my go nie mieliśmy. 


foto: Mocni w Gębie

Po całej tej piwno-obiadowej rozpuście przyszedł czas na desery. Wybraliśmy krem Beerlee (12zł), Beeramisu (14zł) i ciepłe ciasto czekoladowe Moelleux z lodami piwnymi (14zł). Będę stronnicza i powiem, że najbardziej smakowała mi moja własna porcja, czyli krem Beerlee- intensywnie waniliowy, jajeczny i słodki w sam raz. I choć to niby oczywista oczywistość, z idealną cukrową skorupką którą z radością rozbija się łyżeczką dobierając się do pysznego, gęstego wnętrza.
foto: Mocni w Gębie

Pozostałe dwie propozycje także usatysfakcjonowały swoich właścicieli- mocno czekoladowe ciasto z płynnym wnętrzem i świetnie przełamującymi słodkość czekolady piwnymi lodami oraz wielowarstwowe, kremowe Beeramisu, zdecydowanie zasługują na uwagę. 


foto: Mocni w Gębie
foto: Mocni w Gębie

Zgodziliśmy się wszyscy co do tego, że słodkości stanowią mocny punkt tego miejsca. No chyba, że przy następnej wizycie pokonane zostaną przez, mam nadzieję, wybitnego, sznycla i jedyną w swoim rodzaju golonkę- wszystko jest możliwe :)
PG4 jest miejscem bardzo uniwersalnym i poprawnym- koktajle podawane są w słoikach, frytki w emaliowanych kubeczkach, a potrawka w kamionkowym naczyniu serwowanym na drewnianej desce, czyli wszystko zgodnie z obecnie panującymi w większości lokali trendami. Wnętrze jest proste, urządzone w neutralnych barwach i wypełnione popularnymi dziś dodatkami jak skórzane paski, tablice zapisane kredowymi mazakami, blaszane, udające starocie tabliczki i obowiązkowe lampy stylizowane  na żarówki bez klosza. 

Wybierając się do PG4 należy pamiętać, że idziemy do uniwersalnej restauracji, czyli takiej, która ma odpowiadać wszystkim, nie spodziewajmy się więc zdecydowanych, autorskich kompozycji czy przełomowych połączeń smakowych bo to nie ten kierunek. Uzbrojeni w taką wiedzę i świadomi tego co nas czeka, możemy spędzić tam bardzo miło czas. No i ta bajeczna lokalizacja- trudno o lepsze umiejscowienie na spotkanie ze znajomymi, dojeżdżającymi z różnych miejsc, niż lokal usytuowany w części kompleksu dworcowego, gdzie trafimy na wszystkie możliwe tramwaje, autobusy i pociągi. 

Adres: Gdańsk
            ul. Podwale Grodzkie 4
                 więcej informacji o lokalu


foto: Mocni w Gębie

foto: Mocni w Gębie

foto: Mocni w Gębie


foto: Mocni w Gębie
foto: Mocni w Gębie




Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza